Dzieci jako dobra publiczne?

Dzieci jako dobra publiczne? Folbre, N., "Children as public goods", 1994

Dziś na Hummusie kontynuować będziemy zagadnienie decyzji rodzinnych, tym razem z punktu widzenia społeczeństwa. Wyjątkowo będzie trochę prywaty. Po pierwsze, jest to temat, którym dawno, dawno temu zajmowałam się w swojej pracy magisterskiej1. Po drugie, inwestycją w potomstwo zajmuję się na co dzień, w czasie między doktoratem a blogiem. I w ramach podkreślenia wagi tej czynności, spróbuję Was dziś przekonać za Nancy Folbre (1994)2, że dzieci są dobrem publicznym, podczas gdy koszty związane z wychowaniem potomstwa są w przeważającej mierze prywatne. I jest to problem nie tylko młodych rodziców.

Główna teza artykułu3 jest taka, że dzieci generują pozytywne efekty zewnętrzne dla społeczeństwa. No, może nie od razu – płaczące w miejscu publicznym niemowlę czy krzyczący w supermarkecie dwulatek raczej nie zwiększają poczucia komfortu i jakości życia u mimowolnych świadków zdarzenia. Niemniej jednak, te głośne istotki za kilkadziesiąt lat dorosną, ucichną, a co najważniejsze4 staną się aktywnymi uczestnikami życia gospodarczego, a co za tym idzie, będą miały znaczny wpływ na stan życia całego społeczeństwa.

Jak obecne inwestycje w dzieci przekładają się na nasz przyszły dobrobyt? Kanałów jest co najmniej kilka. Pierwszy, najprostszy, to dług publiczny, czyli obciążenie fiskalne naszych dzieci i wnuków. Drugi, najbardziej zaakcentowany w literaturze, to system emerytalny – w Polsce w przeważającej części oparty na systemie repartycyjnym, czyli takim, w którym świadczenia są wypłacane z bieżących składek pracowników. I nie ma tu znaczenia fakt, że mamy do czynienia z systemem o zdefiniowanej składce, w którym, mówiąc kolokwialnie, “dostaniesz tyle, ile uzbierasz”5. W rzeczywistości zbierane są tylko wirtualne zobowiązania, a ich wypłata będzie uzależniona od wpłat przyszłych pokoleń.6 Jeśli pieniędzy zabraknie, będą albo finansowane wspominanym już długiem publicznym, albo nastąpi… zmiana reguł gry 😉 W końcu dzieci i wnuki będą istotną siłą polityczną!

Z drugiej strony, koszty posiadania potomstwa są ponoszone w ogromnej mierze przez rodziców, a korzyści z wyższych nakładów czasu i pracy, włożonych w wychowanie i edukację przyszłych obywateli, tylko w niewielkim stopniu trafią do opiekunów7. To sprawia, że rodzice będą inwestowali mniej w jakość, a przede wszystkim w liczbę dzieci, niż byłoby to optymalne ze społecznego punktu widzenia.

Jak zatem zrekompensować rodzicom ich wysiłki? W kontekście systemów emerytalnych, kilka modeli (o różnych założeniach, ale wspólnym mianowniku w postaci wyboru liczby dzieci) zasugerowało, że sposobem na przywrócenie efektywności systemu repartycyjnego jest uzależnienie wysokości emerytury od liczby dzieci8. Aby zapewnić właściwe bodźce również do inwestowania w jakość potomstwa, na poziomie modelu zaproponowano bezpośrednie uwzględnienie w wysokości świadczenia rodziców zarobków ich potomstwa9, a na poziomie realnej polityki społecznej – ulgi podatkowe i preferencyjne uwzględnienie urlopów wychowawczych przy naliczaniu emerytury. Rozwiązania te, niestety, nadal nie są częste.10

Nancy Folbre ponad 20 lat temu postulowała, że dzieci stają się dobrem publicznym. Osobiście, w obliczu katastrofalnie niskich wskaźników demograficznych utrzymujących się od kilkunastu lat w Polsce, zastanawiam się, czy jednak dzieci nie stają się raczej dobrem wspólnym. Różnica między dobrem wspólnym a publicznym leży w – upraszczając sprawę – “wyczerpywalności” zasobu. O ile z dobra publicznego (np. oświetlenia ulic) może korzystać dowolnie wiele osób, bez uszczuplania korzyści współtowarzyszy, o tyle nadmiar chętnych na dobra wspólne (np. pastwiska) może prowadzić do sytuacji, gdy dla kolejnej osoby dobra zabraknie. Taką wizję kreśli11 Stanisław Kluza:

(…) jedziemy 100 na godzinę, a mur jest 20 metrów przed nami, jak tu na niego nie wpaść? Nie da się! Za późno! (…) Musimy się więc zacząć z tym zderzeniem oswajać. Na nie przygotować. Bo to, na co wciąż mamy wpływ, to obniżenie prędkości, z jaką uderzymy.

Mentalnie przygotowujcie się zatem na uderzenie. A póki co, doceńcie płaczące niemowlaki – to przyszłość naszej gospodarki 😉

We wpisie wykorzystano obraz nieznanego autora przedstawiający rodzinę Leopolda II Habsburga, wówczas wielkiego księcia Toskanii i jego żony, Marii Ludwiki Burbon, dostępny w domenie publicznej dzięki Wikimedia Commons.


  1. Którą teraz już głupio mi wspominać, więc linka nie zamieszczam. 

  2. Nancy Folbre, “Children as public goods” The American Economic Review, Vol. 84, No. 2 (1994). Wyjątkowo, niestety, nie znalazłam wersji w otwartym dostępie 🙁  

  3. Który wyjątkowo nie zawiera żadnego modelu, za co przepraszam. 

  4. Z punktu widzenia ekonomii, rzecz jasna! 

  5. I w związku z tym nie widzisz powodu, by dotować cudze dzieci. 

  6. Zupełnie na marginesie wspomnę, że system kapitałowy jest również trochę – choć znacznie mniej – wrażliwy na zmiany demograficzne, przynajmniej jeśli korzysta z obligacji rządowych. 

  7. “Zwrot” z nakładów to w tym przypadku po prostu szczęście związane z posiadaniem dzieci 

  8. zob. m.in. Bental (1989), Kolmar (1997), Schoonbroodt i Tertilt (2010)  

  9. np. Meier, Vrede 2005 

  10. Chwalebnym wyjątkiem jest Francja, gdzie tego typu bodźce podatkowe i emerytalne pomogły odwrócić negatywny trend w rozrodczości. 

  11. Bardzo poetycko, jak na ekonomistę.